„Obraz Warszawy w literaturze”. Stołeczni
poloniści lubią nękać uczniów wypracowaniami na ten temat. Wiadomo: „Lalka”, „Kordian”
itd. Dużo można mówić też o Warszawie na płótnie (Canaletto) albo na srebrnym
ekranie („Kanał”). Ale to wciąż nie koniec, bo przecież o Warszawie się także
śpiewa! O tym oczywistym fakcie przypomniało sobie niezawodne Muzeum Powstania
Warszawskiego, które parę dni temu wydało płytę, zatytułowaną www.WAWA2010.pl. Płytę,
oczywiście, okolicznościową — nagraną z racji zbliżającej się 66. rocznicy Powstania.
Szesnaście piosenek, które się na nią składają, to nowe wersje mniej lub
bardziej znanych utworów związanych ze Stolicą. Kompozytorem i wykonawczynią
tych przeróbek jest, znana z poprzedniej płyty, wydanej przez Muzeum („Gajcy!”),
urocza i piekielnie utalentowana Karolina Cicha, która każdy numer odśpiewuje w
duecie z którymś z bohaterów popkultury (Tomasz Budzyński, Czesław Mozil, Tymon
Tymański i paru innych). Repertuar to same evergreeny: „Warsaw” Joy Division, „Małgośka”
Rodowicz, „Bal na Gnojnej” Grzesiuka itd.
Niestety wszystko, co wiem o tej płycie, na razie pochodzi z drugiej ręki. Jeszcze nie zdążyłem jej kupić, ale singiel, promujący ten album, wzbudził we mnie taki entuzjazm, że nie mogłem się powstrzymać przed skreśleniem paru słów na ten temat. Proszę tylko posłuchać tego, co opublikowano na YouTubie — „Warszawa jest smutna bez ciebie” (oryginalnie w wykonaniu Jacka Lecha). Wprawdzie nie rozumiem, jaką rolę w teledysku odgrywa ów stwór rodem z Cartoon Network, ale i tak uważam, że pani Karolina zdała egzamin z piosenki o Warszawie summa cum laude. Jak tylko przesłucham tę płytę w całości, na pewno jeszcze o niej tu wspomnę.
PS Zachęcam do kliknięcia w Muzeum Powstania Warszawskiego. Pozwolą Państwo, że odtąd, ilekroć napiszę o jakimś miejscu w Warszawie, będę umieszczał też link do odpowiedniej podstrony portalu dood.pl. To taka witryna, którą mój kolega założył z pomocą kilku znajomych. Idea jest piękna — tworzą forum, gdzie Warszawiacy mogą wymienić się opiniami o restauracjach, kawiarniach, klubach, muzeach i w ogóle o wszystkim, co można sobie wyobrazić. Polecam!
Tagi: warszawa, muzeum powstania warszawskiego, karolina cicha, www.wawa2010.pl
skomentuj (2)
Studia
(na Uniwerku) skończyłem pięć lat temu: od tego czasu zmieniło się przede
wszystkim to, że kiedyś o szóstej rano częściej kładłem się do łóżka, niż z
niego wstawałem, a dziś te proporcje są odwrotne. To se ne vrati, ale jedno,
mimo upływu czasu, się nie zmieniło — wciąż jestem bywalcem BUW-u. Z tą
różnicą, że teraz oczywiście nie przychodzę tam po to, żeby zakuwać przed sesją
(Bogiem a prawdą, również na studiach nie był to jedyny powód moich wizyt w tej
bibliotece, ale o tym kiedy indziej). Dziś BUW jest dla mnie miejscem pracy. Mam to szczęście,
że od czasu do czasu mogę pozwolić sobie na tzw. pracę zdalną, poza biurem
firmy, która mnie łaskawie zatrudnia, i właśnie wtedy, zamiast zamykać się we
własnych czterech ścianach, pakuję laptop do torby, wsiadam do autobusu linii
150 i przenoszę się na Powiśle.
Mam sentyment do tego, szpetnego skądinąd, budynku. Zabrzmi to głupio, ale wspomniany autobus linii 150 to coś jakby wehikuł czasu, który przenosi mnie z przystanku przy Białobrzeskiej, przez zakorkowane Śródmieście i kręte uliczki Powiśla, wprost do minionego świata studenckiej beztroski. Tam, przy Dobrej w gruncie rzeczy zmieniło się niewiele (choć ostatnio wyburzyli budynek, stojący dotąd vis a vis biblioteki), a jeśli chodzi o moje zwyczaje, to nie zmieniło się nic. Wciąż zanim wejdę do środka, muszę najpierw wykonać — niezmienny od dekady — rytualny ciąg czynności: kupić litrową butelkę wody mineralnej w pobliskim spożywczaku (kolorowe napoje są w BUW-ie spenalizowane), wypić kawę z automatu i wypalić papierosa.
Pomijając względy emocjonalne, cenię sobie tę bibliotekę głównie za funkcjonalność: w powietrzu unosi się darmowy internet (Wi-Fi), a większość książek, których potrzebuje normalny czytelnik (a nie, dajmy na to, historyk czy badacz literatury) jest na wyciągnięcie ręki, dzięki czemu można oszczędzić sobie męki wypisywania rewersów. Niestety każdy kij ma dwa końce — BUW jest na swój sposób modny, więc między półkami roi się od rozchichotanych grupek, które nie są zainteresowane ani pracą, ani nauką, a bardzo skutecznie przeszkadzają w skupieniu się tym, którzy nie zapomnieli o pierwotnym przeznaczeniu instytucji biblioteki. Cóż, mnie, staremu tetrykowi, nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z tym, że nowa Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego to nie tylko czytelnia, lecz także centrum towarzyskie. Nie bez kozery mówi się o „BUW-ingu”.
Nawiasem mówiąc, w drodze powrotnej nie omieszkałem wstąpić do Tarabuka, jednej z moich ulubionych kawiarni w tej części miasta. Gorąco polecam wizytę w tym uroczym miejscu, a zainteresowanych odsyłam na portal dood.pl, gdzie można poczytać opinie Warszawiaków nt. rozmaitych miejsc w Stolicy — również Tarabuka.
Tagi: warszawa, buw, biblioteka, biblioteka uniwersytetu warszawskiego
skomentuj (2)
Tym razem krótko i na temat. Dzisiejsze „Życie Warszawy”
donosi, że niejaka Grażyna Bartnik, artystka, o której — powinienem spalić się
ze wstydu? — nigdy nie słyszałem, ogłosiła urbi et orbi, że oto zaprojektowała
rzeźbę, przedstawiającą Warsa i Sawę. Chyba nie muszę dodawać, że zdaniem
autorki monument powinien raz-dwa się zmaterializować i stanąć w jakimś
kluczowym punkcie na mapie stolicy — oczywiście za pieniądze podatników.
Ponieważ nazwałem ten blog tak, jak nazwałem („Między Warsem i Sawą”, jeśli
ktoś z Państwa się nie zorientował), czuję się wywołany do tablicy. Otóż ja w
całej rozciągłości podzielam opinię pani Bartnik, że brak jakiegokolwiek
obiektu, upamiętniającego legendarnych założycieli Warszawy, woła o pomstę do
nieba. Taka rzeźba od razu stałaby się atrakcją turystyczną nie gorszą od
Syrenki albo Kolumny Zygmunta, a to z kolei pozwoliłby upiec dwie pieczenie
przy jednym ogniu — z jednej strony kontenci byliby ci Warszawiacy, którzy
szanują tradycję, a z drugiej można byłoby na tym po prostu zarobić (souveniry
itp.). Słowem, zgadzam się z panią artystką — ale tylko w teorii. W praktyce ów
projekt, który oglądają Państwo obok tekstu, wygląda tak, że w pierwszej chwili
zastanowiłem się, czy aby nie trzymam gazety do góry nogami. Proszę bardzo,
niech mnie Państwo nazwą chamem lub ignorantem, ale moim zdaniem Wars i Sawa w
wydaniu pani Bartnik wyglądają ni mniej, ni więcej jak figurki z plasteliny,
ulepione niezgrabnymi dłońmi ucznia szkoły podstawowej. Równie wyrafinowany jest
zresztą materiał — rzeźba zostałaby, a jakże, odlana z betonu. Może po prostu
jestem za głupi, żeby zrozumieć „sztukę nowoczesną” — mimo to towarzyszy mi
dziwna pewność, że lwia część Warszawiaków podpisałaby się pod moją „recenzją”.
Szpeceniu mojego miasta przez niewydarzonych „artystów” mówię stanowcze — nie!
Tagi: warszawa, sawa, wars, grażyna bartnik
skomentuj (0)
Podobno wystarczy pomyśleć o nim przez chwilę, żeby
natychmiast wynurzył się zza węgła najbliższej kamienicy, ale ci, którzy
rozsiewają plotki tego gatunku, ewidentnie naoglądali się za dużo amerykańskich
horrorów klasy B. Wbrew legendom, których stał się bohaterem, nie jest żadnym
demonem, lecz człowiekiem z krwi i kości — ale nietuzinkowym. Dość łatwo go
znaleźć, kiedy się wie, gdzie szukać. Słynie z tego, że całymi dniami, czy to
słota, czy spiekota, snuje się między Nowym Światem, Chmielną a Świętokrzyską.
Widać go z daleka, bo po pierwsze to kawał chłopa, a po drugie ubiera się
niecodziennie — od stóp po czubek głowy na czarno. Czasem tylko milcząco
maszeruje przed siebie, a innym razem zaczepia przechodniów albo wygłasza
płomienne monologi. Podczas spaceru ulicami Śródmieścia można poczuć na sobie
jego świdrujący wzrok — często zza witryny jednej z tutejszych kawiarni, w
których lubi przesiadywać. Podobno naprawdę nazywa się Jan Polkowski (tak, tak
samo jak ten poeta), ale powszechnie znany jest jako Czarny Roman.
Jego przeszłość owiana jest tajemnicą. Nikt do końca nie wie, skąd się wziął, ale jest tym, kim jest, odkąd tylko sięgam pamięcią. Czarny garnitur, płascz, kapelusz oraz buty i rękawiczki w tym samym kolorze — niezależnie od pory roku. Głos donośny i zachrypnięty, ale chyba nie od wódki, bo Czarny Roman znany jest ze swoich filipik przeciwko alkoholowi. Największy niepokój budzi to, że wszystko, co mówi jest nieskładne, ale zdradza dość dużą inteligencję. To nie jakiś tam pospolity menel, który lubi powydzierać się na ulicy, ale ktoś w rodzaju współczesnego proroka. Ciarki przechodzą po plecach, kiedy słucha się jego jeremiad o „Arcykurwie mordercy”, który „leży półtora metra w grobie na cmentarzu w Wilanowie” i pośmiertnie planuje hekatombę, w której zginie dokładnie milion dwustu Warszawiaków. Albo o tym, że on, Czarny Roman, jest nieśmiertelny i od dziewięciu lat nie zmrużył oka, mimo że codziennie przemierza sześćdziesiąt kilometrów (to ostatnie zresztą może być bliskie prawdy). Nie ulega wątpliwości, że pan Polkowski to skończony świr, ale Śródmieście bez niego nie byłoby już takie samo. „Warszawa najmocniejszym miastem!”, jak często pokrzykuje on — Prorok z Chmielnej.
PS Polecam film dokumentalny o Czarnym Romanie autorstwa
Macieja Głowińskiego, który można obejrzeć tutaj.
Tagi: warszawa, chmielna, czarny roman, jan polkowski, śródmieście
skomentuj (2)
Mam na imię Wiktor. Na chleb powszedni zarabiam, wymyślając hasła reklamowe. Wkrótce stuknie mi trzydziestka (cholera, przecież niedawno leczyłem kaca po dwudziestych urodzinach). Jestem już, jak mawiało się dawniej, starym kawalerem, ale zanosi się na to, że dzięki pewnej brunetce o zielonych oczach niedługo uda mi się zmyć tę hańbę. Pozwolą Państwo, że skoro już się oględnie przedstawiłem, daruję sobie dalsze ceregiele i od razu przejdę do rzeczy. Otóż przede wszystkim — jestem Warszawiakiem! Urodziłem się w Warszawie i zamierzam dożyć tu emerytury (oczywiście jeśli ZUS wcześniej nie zbankrutuje). Nie po to siedemdziesiąt lat temu dziadek Wincenty budował barykadę na Chłodnej, żebym teraz ja szukał szczęścia po jakichś londynach czy innych paryżach, jak paru moich kumpli ze szkolnej ławy. To miasto jest moim domem i kropka. Nie wyobrażam sobie życia z dala od PKiN-u, który codziennie rano, kiedy jadę do pracy, przypomina mi swoją szpetotą, że mimo wszystko jestem szczęściarzem, bo przecież mój ojciec, będąc w tym wieku co ja teraz, mógł tylko pomarzyć o, dajmy na to, snickersie, którego właśnie zjadam na śniadanie (grunt to zdrowe odżywianie). Jak mógłbym rozstać się z Rakowcem, niemym świadkiem mojego dzieciństwa, który pamięta i pierwszego papierosa za blokiem dziadków, i pierwszy pocałunek skradziony rudej Zosi z VIIB? Otóż, nie mógłbym, bo jako się rzekło, jestem Warszawiakiem z krwi i kości. Właśnie Warszawiakiem — broń Boże Warszawianinem! Wspomniany dziadek Wincenty całe życie z dumą nazywał siebie Warszawiakiem i na pewno przewróciłby się w grobie, gdyby usłyszał, że nagle reporterzy dzienników telewizyjnych przechrzcili go na jakiegoś tam Warszawianina.
Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że krew mnie zalewa, kiedy słyszę tych wszystkich przyjezdnych, którzy w stolicy odnaleźli swoją ziemię obiecaną (jak moi koledzy z pracy, którzy w swoich pipidówkach mogli liczyć co najwyżej na posadę ekspedienta w spożywczaku), ale mimo to przy każdej okazji obnoszą się ze swoją pogardą dla brudnej i zatłoczonej „warszawki”. Proszę mi wybaczyć dosadność, ale na takie pieprzenie, mogę odpowiedzieć tylko słowami Stanisława Grzesiuka: „możesz mnie chamem zwać, możesz mnie w mordę lać, lecz od stolicy won, bo krew się będzie lać”. Założyłem ten blog (nawiasem mówiąc, jeśli ktoś pisze bloga, a nie blog, to powinien złożyć w Ministerstwie Edukacji podanie o unieważnienie matury z języka polskiego), ponieważ — o ile mi wiadomo — nikt przede mną nie wpadł na banalny pomysł pisania o Warszawie i tym, co warszawskie. Owszem, za pomocą Googli można w ciągu ułamków sekundy znaleźć dziesiątki warszawskich fotoblogów, ale słowa pisanego na ten temat — ze świecą szukać. Założyłem więc blog o Warszawie, ponieważ z całego serca kocham to miasto, „gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje”, i żywię nieśmiałą nadzieję, że uda mi się kogokolwiek tą miłością zarazić. Postaram się regularnie pisywać tu zarówno o tym, co się w Warszawie dzieje, jak i o tym, co ja sam myślę na jej temat. Będzie mi bardzo miło, Drodzy Warszawiacy, jeśli ta pisanina zainteresuje Was na tyle, żeby od czasu do czasu zostawić po sobie komentarz i rozpocząć dyskusję o naszym mieście. A zatem — do przeczytania!
Tagi: warszawa
skomentuj (2)