Tym razem krótko i na temat. Dzisiejsze „Życie Warszawy”
donosi, że niejaka Grażyna Bartnik, artystka, o której — powinienem spalić się
ze wstydu? — nigdy nie słyszałem, ogłosiła urbi et orbi, że oto zaprojektowała
rzeźbę, przedstawiającą Warsa i Sawę. Chyba nie muszę dodawać, że zdaniem
autorki monument powinien raz-dwa się zmaterializować i stanąć w jakimś
kluczowym punkcie na mapie stolicy — oczywiście za pieniądze podatników.
Ponieważ nazwałem ten blog tak, jak nazwałem („Między Warsem i Sawą”, jeśli
ktoś z Państwa się nie zorientował), czuję się wywołany do tablicy. Otóż ja w
całej rozciągłości podzielam opinię pani Bartnik, że brak jakiegokolwiek
obiektu, upamiętniającego legendarnych założycieli Warszawy, woła o pomstę do
nieba. Taka rzeźba od razu stałaby się atrakcją turystyczną nie gorszą od
Syrenki albo Kolumny Zygmunta, a to z kolei pozwoliłby upiec dwie pieczenie
przy jednym ogniu — z jednej strony kontenci byliby ci Warszawiacy, którzy
szanują tradycję, a z drugiej można byłoby na tym po prostu zarobić (souveniry
itp.). Słowem, zgadzam się z panią artystką — ale tylko w teorii. W praktyce ów
projekt, który oglądają Państwo obok tekstu, wygląda tak, że w pierwszej chwili
zastanowiłem się, czy aby nie trzymam gazety do góry nogami. Proszę bardzo,
niech mnie Państwo nazwą chamem lub ignorantem, ale moim zdaniem Wars i Sawa w
wydaniu pani Bartnik wyglądają ni mniej, ni więcej jak figurki z plasteliny,
ulepione niezgrabnymi dłońmi ucznia szkoły podstawowej. Równie wyrafinowany jest
zresztą materiał — rzeźba zostałaby, a jakże, odlana z betonu. Może po prostu
jestem za głupi, żeby zrozumieć „sztukę nowoczesną” — mimo to towarzyszy mi
dziwna pewność, że lwia część Warszawiaków podpisałaby się pod moją „recenzją”.
Szpeceniu mojego miasta przez niewydarzonych „artystów” mówię stanowcze — nie!
Tagi: warszawa, sawa, wars, grażyna bartnik
skomentuj (0)