Mam na imię Wiktor. Na chleb powszedni zarabiam, wymyślając hasła reklamowe. Wkrótce stuknie mi trzydziestka (cholera, przecież niedawno leczyłem kaca po dwudziestych urodzinach). Jestem już, jak mawiało się dawniej, starym kawalerem, ale zanosi się na to, że dzięki pewnej brunetce o zielonych oczach niedługo uda mi się zmyć tę hańbę. Pozwolą Państwo, że skoro już się oględnie przedstawiłem, daruję sobie dalsze ceregiele i od razu przejdę do rzeczy. Otóż przede wszystkim — jestem Warszawiakiem! Urodziłem się w Warszawie i zamierzam dożyć tu emerytury (oczywiście jeśli ZUS wcześniej nie zbankrutuje). Nie po to siedemdziesiąt lat temu dziadek Wincenty budował barykadę na Chłodnej, żebym teraz ja szukał szczęścia po jakichś londynach czy innych paryżach, jak paru moich kumpli ze szkolnej ławy. To miasto jest moim domem i kropka. Nie wyobrażam sobie życia z dala od PKiN-u, który codziennie rano, kiedy jadę do pracy, przypomina mi swoją szpetotą, że mimo wszystko jestem szczęściarzem, bo przecież mój ojciec, będąc w tym wieku co ja teraz, mógł tylko pomarzyć o, dajmy na to, snickersie, którego właśnie zjadam na śniadanie (grunt to zdrowe odżywianie). Jak mógłbym rozstać się z Rakowcem, niemym świadkiem mojego dzieciństwa, który pamięta i pierwszego papierosa za blokiem dziadków, i pierwszy pocałunek skradziony rudej Zosi z VIIB? Otóż, nie mógłbym, bo jako się rzekło, jestem Warszawiakiem z krwi i kości. Właśnie Warszawiakiem — broń Boże Warszawianinem! Wspomniany dziadek Wincenty całe życie z dumą nazywał siebie Warszawiakiem i na pewno przewróciłby się w grobie, gdyby usłyszał, że nagle reporterzy dzienników telewizyjnych przechrzcili go na jakiegoś tam Warszawianina.
Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że krew mnie zalewa, kiedy słyszę tych wszystkich przyjezdnych, którzy w stolicy odnaleźli swoją ziemię obiecaną (jak moi koledzy z pracy, którzy w swoich pipidówkach mogli liczyć co najwyżej na posadę ekspedienta w spożywczaku), ale mimo to przy każdej okazji obnoszą się ze swoją pogardą dla brudnej i zatłoczonej „warszawki”. Proszę mi wybaczyć dosadność, ale na takie pieprzenie, mogę odpowiedzieć tylko słowami Stanisława Grzesiuka: „możesz mnie chamem zwać, możesz mnie w mordę lać, lecz od stolicy won, bo krew się będzie lać”. Założyłem ten blog (nawiasem mówiąc, jeśli ktoś pisze bloga, a nie blog, to powinien złożyć w Ministerstwie Edukacji podanie o unieważnienie matury z języka polskiego), ponieważ — o ile mi wiadomo — nikt przede mną nie wpadł na banalny pomysł pisania o Warszawie i tym, co warszawskie. Owszem, za pomocą Googli można w ciągu ułamków sekundy znaleźć dziesiątki warszawskich fotoblogów, ale słowa pisanego na ten temat — ze świecą szukać. Założyłem więc blog o Warszawie, ponieważ z całego serca kocham to miasto, „gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje”, i żywię nieśmiałą nadzieję, że uda mi się kogokolwiek tą miłością zarazić. Postaram się regularnie pisywać tu zarówno o tym, co się w Warszawie dzieje, jak i o tym, co ja sam myślę na jej temat. Będzie mi bardzo miło, Drodzy Warszawiacy, jeśli ta pisanina zainteresuje Was na tyle, żeby od czasu do czasu zostawić po sobie komentarz i rozpocząć dyskusję o naszym mieście. A zatem — do przeczytania!
Tagi: warszawa
skomentuj (2)