Studia
(na Uniwerku) skończyłem pięć lat temu: od tego czasu zmieniło się przede
wszystkim to, że kiedyś o szóstej rano częściej kładłem się do łóżka, niż z
niego wstawałem, a dziś te proporcje są odwrotne. To se ne vrati, ale jedno,
mimo upływu czasu, się nie zmieniło — wciąż jestem bywalcem BUW-u. Z tą
różnicą, że teraz oczywiście nie przychodzę tam po to, żeby zakuwać przed sesją
(Bogiem a prawdą, również na studiach nie był to jedyny powód moich wizyt w tej
bibliotece, ale o tym kiedy indziej). Dziś BUW jest dla mnie miejscem pracy. Mam to szczęście,
że od czasu do czasu mogę pozwolić sobie na tzw. pracę zdalną, poza biurem
firmy, która mnie łaskawie zatrudnia, i właśnie wtedy, zamiast zamykać się we
własnych czterech ścianach, pakuję laptop do torby, wsiadam do autobusu linii
150 i przenoszę się na Powiśle.
Mam sentyment do tego, szpetnego skądinąd, budynku. Zabrzmi to głupio, ale wspomniany autobus linii 150 to coś jakby wehikuł czasu, który przenosi mnie z przystanku przy Białobrzeskiej, przez zakorkowane Śródmieście i kręte uliczki Powiśla, wprost do minionego świata studenckiej beztroski. Tam, przy Dobrej w gruncie rzeczy zmieniło się niewiele (choć ostatnio wyburzyli budynek, stojący dotąd vis a vis biblioteki), a jeśli chodzi o moje zwyczaje, to nie zmieniło się nic. Wciąż zanim wejdę do środka, muszę najpierw wykonać — niezmienny od dekady — rytualny ciąg czynności: kupić litrową butelkę wody mineralnej w pobliskim spożywczaku (kolorowe napoje są w BUW-ie spenalizowane), wypić kawę z automatu i wypalić papierosa.
Pomijając względy emocjonalne, cenię sobie tę bibliotekę głównie za funkcjonalność: w powietrzu unosi się darmowy internet (Wi-Fi), a większość książek, których potrzebuje normalny czytelnik (a nie, dajmy na to, historyk czy badacz literatury) jest na wyciągnięcie ręki, dzięki czemu można oszczędzić sobie męki wypisywania rewersów. Niestety każdy kij ma dwa końce — BUW jest na swój sposób modny, więc między półkami roi się od rozchichotanych grupek, które nie są zainteresowane ani pracą, ani nauką, a bardzo skutecznie przeszkadzają w skupieniu się tym, którzy nie zapomnieli o pierwotnym przeznaczeniu instytucji biblioteki. Cóż, mnie, staremu tetrykowi, nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z tym, że nowa Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego to nie tylko czytelnia, lecz także centrum towarzyskie. Nie bez kozery mówi się o „BUW-ingu”.
Nawiasem mówiąc, w drodze powrotnej nie omieszkałem wstąpić do Tarabuka, jednej z moich ulubionych kawiarni w tej części miasta. Gorąco polecam wizytę w tym uroczym miejscu, a zainteresowanych odsyłam na portal dood.pl, gdzie można poczytać opinie Warszawiaków nt. rozmaitych miejsc w Stolicy — również Tarabuka.
Tagi: warszawa, buw, biblioteka, biblioteka uniwersytetu warszawskiego
skomentuj (2)